Prezentujemy Państwu twórczość poetycką Marty Ulatowskiej – podopiecznej naszej placówki, która czerpie ogromną radość z tworzenia niepowtarzalnych, pełnych emocji wierszy.

Marta jest uczennicą II klasy LO w Ratajach, posiada wszechstronne zainteresowania, bliskie jej sercu są takie dyscypliny jak: śpiew, aktorstwo czy literatura.

Mamy nadzieję, że prezentowane na stronie liryki, poruszą Państwa serca i umysły, liczymy na Państwa opinie.

 

 

„Ludzie/Psy”

Rozgardiasz powoduje, że znowu chce się tak

Zapomnieć o przeszłości by łatwiej przeżyć świat.

Robimy z siebie męczenników by poczuć chociaż smak

Miłości, której wkoło jest nam tak brak.

Codziennie rano wstaję by znowu przeżyć świat.

Łudząco przypomina ten, co wczoraj żył na wspak.

 

Nie mam nic do stracenia – tym bardziej mogę szczekać.

Boimy się szczerości niczym ludzie bez czułości.

Stajemy oko w oko z krzywdami i przykrością.

Uniki robiąc swoje z wyrafinowaną łatwością.

Mijając prawdę z plotką, gubimy siebie sami.

Nie wiedząc, którą drogą kroczymy łapami.

 

Dusząc się powietrzem,

Karmiąc spalinami,

Ładuję swą energię długimi latami.

By w końcu podnieść głowę

I szczeknąć, chociaż raz.

Że kończy się już Ziemia,

A powstaje Nowy Świat.

 


 

„Najskrytsze”

Dawno gdzieś zapomniane.

W szufladach pochowane.

Na dnie z dziurawymi skarpetkami.

Obok Darwina, z Muppetami.

Tuż za ułamkami,

Zaraz,

Tu,

Po lewej.

Schowałam je tak dawno, że kurz już się zadomowił.

 

No i co teraz z nimi zrobić, gdy czasu mało…

A chęci niczym wyklęci

– gdzieś je wywiało.

 

Utknęłam w jednej z szuflad,

Drewnianych czterech ścianach.

Przyjemnie, cieplutko,

Ale tak jakoś…

Malutko.

Malutko w tym mnie.

Malutko patosu.

Malutko wojarzy i aksamitnego głosu.

Gdzieś tam się pochowało.

Za rogiem się skryło.

Z bezdźwięczną nadzieją, że wróci.

Bo było.

 


 

„Dualizm człowieka”

Kiedyś niedorzeczność.

Dziś rutyna.

Ten sam człowiek,

A jednak inny człeczyna.

Niby bardziej kolorowy, pulchny, może nawet spasły.

A jednak szary, chudy i zaniedbany.

Te same kolory o nowej barwie.

Te same słowa z nowym akcentem.

Te same dźwięki na nowo słyszane.

 

Kiedyś niedorzeczność.

Dziś rutyna.

Świat na nowo się odkrywa.

Niczym rak zrzucam stary pancerz,

By narodził się nowy.

Bardziej kolorowy, pulchny, może nawet spasły.

Mniej szary, chudy i zaniedbany.

 

Kiedyś niedorzeczność.

Dzisiaj…

Sam w to nie wierzę.

Zmieniłem swe oblicze i

Wstydzę się, mówiąc szczerze.

Rutyną mogę nazwać proces linienia.

Ciągle nowe kolory…

Nie mieści mi się to w głowie!

Zamknę się znowu w sobie

I wszystkich niedorzeczności ubędzie.

 


 

„Iluzja”

To nie jest nienawiść,

to tylko samotność.

Agresja to tylko obrona,

gdy tempo życia wzrasta z prędkością światła.

Egoizm?

To wyczerpanie serca.

Krzyk jest osłona przed bezsilnością.

Wredota izoluje nas przed strachem.

A pewność siebie to jedna z wielu odsłon smutku.

 

To zrozumiałe.

Czarna maska zdobi nasze twarze,

aby uchronić nas od większego zła.

Lecz nikt o tym nie mówi.

Sami dokonujemy klasyfikacji.

Takich ludzi skreśla się przy pierwszym lepszy braku opanowania.

Stajemy się bezdusznymi bestiami w oczach innych, dziwakami.

Dlaczego?

 

Błędy za błędami.

Jedne wystarczy.

Potem posypie się reszta.

Lecz kiedy kroczymy z samym sobą

drogą ciszy i zadumy – czarna maska znika.

I tylko jeśli Bóg zechce cudu – ktoś nam pomoże.

Zapominamy, że jesteśmy tylko ludźmi,

istotami bezbronnymi,

dziełem Stwórcy – nieidealnym.

 


 

„Dorosły”

Gdy będę dorosły,

W pierwszy dzień wiosny,

Wypiszę marzenia

Gotowe do spełnienia.

Bo później z głupoty

I chorej zgryzoty,

Zapomnę o nich kompletnie

I pamięć o nich przepadnie.

A każde dziecko dobrze wie,

Że życie bez marzeń jest mdłe.

Bez ich realizacji,

Brakuje nam aspiracji.

Bez ich aktywizacji,

Nie ma motywacji.

Życie jest nudne

I bardziej ponure.

Choć wydają się złudne,

Wcale nie są obłudne.

Ponoć chcieć to móc,

Czyli można im pomóc.

 


 

„Hejterzy”

Fałsz nad fałszywością.

Ambicja przeplata się z zazdrością.

W tłumie czują się bezpiecznie,

W dwójkę gnoją czyjąś teczkę.

Zostawiają, porzucają

Zdradą się bawią

Jak dzieci w piasku.

Prawdę zatajają.

Szepty w dali się rozlegają.

Przyjaciel wrogiem, a brat Ci alientem.

Wszędzie fałszywość rosnąca z impetem.

 


 

„Fałszywość”

Ciało do ciała.

Słowa mieszają się z sensem.

To bez znaczenia, że kiedyś przez Ciebie była ze mnie mogiła.

Teraz pokryty jesteś lukrem.

Lepko, słodko, aż chce się wymiotować.

Niczym słowicze werble Twój głos jest dla mnie kojącym balsamem.

Jaskółcze gniazdo musi obsmarować się szlamem,

Którego u nas dostatek.

Chcąc nie chcąc musimy dalej w to grać.

Nie możemy przestać,

By urok stracił smak.

 

Ciało do ciała.

Twój ciężar jest bliskością,

A bliskość przekleństwem.

Tracę kontakt z rzeczywistością

I pokrywam się kłamstwem.

Stoimy nad przepaścią,

Jesteśmy już o krok,

By w końcu dać już spokój

I powiedzieć: dość.

 

Takie to przesłodzone,

Z braku miłości konające.

Nic nie jest przesądzone.

Wystarczy powiedzieć

 

Już nie chcę.

 


 

„Inne”

Nic nie jest takie samo jakie było.

Wszystko się zmieniło.

Włosy urosły.

Piórka opadły.

Wartości podrożały

I gdzieś się schowały.

 

Już nie to samo milczenie.

Nie ten sam głos.

Coraz większe zmęczenie

I zatkany nos.

Do tego krosty i posępna twarz.

To nie ta sama osoba, którą znasz.

 

To samo imię.

Zamężność.

Dom.

Inne spojrzenie

Na świat i lód.

Nie jest z tym źle.

Czy dobrze?

Oceni czas.

Jedno jest pewne

– zmienię się pewnie nie raz.

 


 

„Prawdopodbnie miłość”

Moje serce jest rozdarte.

Nie do końca umarte.

Choć tak niezdecydowane

I mocno wymieszane.

Tak często zmieniam zdanie,

Że jest to rozczarowanie.

Nigdy tak ze mną nie było.

Nigdy tak wiele nie ubyło.

Samotna wśród władzy miłości.

Umieram, czekając w gotowości.

Na cud.

Na decyzje.

Na szczęście.

 


 

„Szósty zmysł”

Moje oczy rejestrują kawałek nieba.

Nic więcej nie trzeba.

Podrażnione chłodnym wiatrem

Tracą kontakt ze światem.

I niebo znika.

 

Nad aniołami unosi się niewidzialna poświata.

Diabły świecą aureolą złoświata.

I czuję ich spojrzenia.

Czuję ich pola rażenia.

Nie wiem jak to działa.

Czy jest to proces oddziaływania?

 

Uprzedzenia.

Dziwne, przyszłe wspomnienia.

Nieufność i pewność, że to ciężki orzech do zgryzienia.

 

Nadzieja?

Że pójdzie łatwiej?

Że będzie lepiej?

Że wszystko prościej?

Tak.

 

Bo człowiek.

Bo zmysły.

Bo instynkt.

Czuję…

 


 

„Wiersz o istocie artysty”

Jestem artystą.

Nie sadystą.

Choć co prawda wyczerpuję temat do końca.

 

Jestem artystką.

Nie dentystką.

Choć wyrywam z głowy wszystko, co pomysłowe.

 

Jestem art.

To nie fart!

Ciężką pracą umysłu i giętkością pomysłu

Wraz z tutejszą techniką i dobą profesjonalizmu…

Tworzę.

 

Jestem?

Jeśli już to kim?

Człowiekiem.

Renesności.

 

 

(Renesności – to słowo powstało z połączenia słów = renesans + współczesność; co ma odwoływać się do tego, iż aktualnie można spotkać ludzi renesansu)